15.11.2016

Rozdział trzeci – It's yesterday once more




Minie jeszcze sporo czasu, zanim Petunia rozliczy się z marzeniami i odkryje, dokąd może ją zaprowadzić biegła umiejętność pisania na maszynie. Gdyby czytała gazety, które jak na razie stanowiły dla niej apogeum nudy, być może jej uwagę przykułyby liczne ogłoszenia o treści: „Stenotypistka przepisze” lub „Stenotypistka napisze: list, podanie, ogłoszenie, etc.” Na razie stanęło jednak na mozolnym wystukaniu kilku listów dla matki, które ta i tak musiała później poprawić odręcznie, popisywaniu się przed Lily, by wzbudzić zazdrość, a na koniec zamknięciu prezentu w szafie.
Rok później Petunia nadal uważała, że kiedy dorośnie, zostanie prywatnym detektywem. Sekretarka była zbyt zwyczajna, a ona, jak każda nastolatka, wychodziła z założenia, że pewnego dnia podbije świat swoją wyjątkowością. Postanowiła zatem od razu zabrać się za wszelką literaturę fachową. Po uporaniu się z Agathą Christie, natychmiast sięgnęła po „Przygody Sherlocka Holmesa”. Starsza panna Evans nigdy nie była specjalnie żarliwą czytelniczką, dlatego przebrnęła przez książkę dopiero w okolicach Świętego Andrzeja — zawinięta w dwa koce i zmuszona przez matkę do założenia grubych, gryzących skarpet z owczej wełny.
Pewnego popołudnia, tuż przed świętami, Margaret Evans wysłała do syna niespodziewany telegram, w którym ogłosiła chęć przybycia do Cokeworth na „przedświąteczną herbatkę i ciasteczka z wnuczkami”. Z racji faktu, że przez ostatnie kilka lat wizyta „jej królewskiej mości” nastąpiła jedynie… cóż, nigdy, Linda nieco histerycznie zabrała się za pranie i sprzątanie. Wszystkie obrusy, cała pościel i ręczniki przeszły bezlitosne katusze w krochmalu, by na końcu zawisnąć na sznurach rozciągniętych przy wiekowym, kaflowym piecu. Dziewczynki, rzecz jasna, natychmiast skorzystały z okazji i urządziły tam sobie indiańską kryjówkę, w której bawiły się świetnie, dopóki matka nie przegoniła ich stamtąd miotłą. Gdy wszystko było dostatecznie suche, Petunię wysłano do Marjorie Shelton — przyjaciółki Lindy, która jako jedyna w mieście posiadała magiel. Opatulona w szalik i gruby płaszcz Petunia szła zatem przez miasto, świadoma powagi misji. Z nabożeństwem niosła ciężki, wyładowany po brzegi wiklinowy kosz i uważała przy tym, by nie wdepnąć w zaspę ani nie poślizgnąć się na zdradzieckich ślizgawkach, które lubiły się tworzyć na nierównych, błotnistych ulicach miasteczka. Gdy minęła rzekę, usłyszała znajome, ociężałe chlupanie, do którego wbrew pozorom tak się już przyzwyczaiła, że wzbudzało w niej pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa — trzeba bowiem nadmienić, że ta konkretna rzeka nigdy nie zamarzała na zimę. Raz nawet przyjechało ją zbadać dwóch naukowców z Królewskiej Akademii Nauk, ale wyjechali zaraz po pobraniu swoich próbek i pomiarów. Mieszkańcy Cokeworth nigdy się zatem nie dowiedzieli, co takiego czai się w brunatnych odmętach.
Petunia maszerowała dzielnie i chuchała energicznie, obserwując jak jej oddech zamienia się w parę. W ten sposób urozmaicała sobie nieco to, bądź co bądź nudne, zadanie. Zastanawiała się, czy to właśnie tak wygląda dym papierosowy i czy dobrze by wyglądała z fifką w dłoni. Wszystkie aktorki zdawały się mieć co najmniej jedno zdjęcie z długą, czarną fifką… Gdy dotarła do bocznej uliczki, przy której kiedyś znajdował się teatr, zobaczyła w oddali ciemne sylwetki, szperające po lesie i przemykające między drzewami. „Zbierają chrust”, pomyślała natychmiast. 
Zima w Cokeworth wciąż była czasem głodu i chorób. Na samym początku grudnia szron i mróz zdążyły już przedrzeć się przez szpary w ścianach i oknach i sprowadzić wczesną epidemię zapalenia płuc. Temperatura nie wzrastała już powyżej zera i każdy wiedział, że tak miało pozostać aż do wiosny. W Cokeworth grudzień wcale nie zwiastował świąt — przypominał o biedzie i sprawiał, że mniej zamożna część mieszkańców, której nie stać było na ogrzewanie, podejmowała desperackie kroki ocieplenia mieszkań i domów. Petunia zatrzymała się na chwilę, słuchając suchych trzasków łamanych patyków. Poczuła delikatny ucisk w żołądku. Po raz kolejny powtórzyła sobie mantrę, która towarzyszyła jej od czasów dzieciństwa — nigdy, nigdy, nigdy nie chce być biedna.
Wracając do domu przez opustoszałe miasto, z naręczem idealnie wyprasowanego prania, starała się bardzo głośno tupać— pomimo względnie wczesnej pory, panowały egipskie ciemności. By dodać sobie odwagi, Petunia robiła wokół siebie mnóstwo hałasu. Kiedy przeszła ostatnią przecznicę, w oddali zamajaczyła jej przygarbiona nad chodnikiem sylwetka. Już miała przejść na drugą stronę ulicy, ale spostrzegła, że nie był to nikt dorosły. Zaraz też sobie przypomniała, że detektyw nie powinien okazywać strachu. Kto wie, być może był to ktoś interesujący, o kim mogłaby napisać swoją pierwszą powieść kryminalną? Zaciekawiona podeszła bliżej.
Ku jej rozczarowaniu, na krawężniku siedział znajomy gagatek, który, jak się okazało, miał chyba nawyk ubierania się niestosownie do pogody: rękawiczki bez palców i za duża, wyświechtana kurtka nie wyglądały Petunii na specjalnie praktyczny ubiór w taki mróz. Chłopak, zbyt zajęty sobą, początkowo w ogóle nie zwrócił na nią uwagi. Ściskał w bladej dłoni patyk i rozgrzebywał nim truchło potrąconego kota, który sądząc po stadium rozkładu musiał tu leżeć już ładnych kilka dni. 
— Co robisz? — skarciła go odruchowo, zniesmaczona tym widokiem, a on odwrócił się w jej stronę momentalnie.
Rozpoznał ją zaraz i burknął coś pod nosem. Nie wydawał się ani trochę zawstydzony swoim zajęciem, wręcz przeciwnie — wykrzywił się z pretensją, niezadowolony, że ktoś go od niego odrywa. W mdłym świetle ulicznej latarni Petunia dostrzegła jego rozciętą wargę i natychmiast doszła do wniosku, że musiał sprowokować kolejną awanturę.
— Nadal mnie nie przeprosiłeś za tamto lato — powiedziała wyniośle, zaskoczona, że chłopak wrócił do grzebania patykiem w naruszonym przez gawrony kocie i nic sobie nie robił z jej obecności.
— Oj, nieszczęście… — Uśmiechnął się ironicznie, daleki od wdawania się z nią w głębszą dyskusję. 
Petunia sapnęła gniewnie, zaciskając palce mocniej na koszu z praniem. Z jakiegoś powodu chciała się z nim pokłócić (i wygrać, naturalnie), ale on nie ustępował i nadal udawał, że jej nie widzi.
— Bradley mnie zaatakował, wiesz? A ty uciekłeś! Jak rasowy tchórz!
Gdy jej słowa dobrze wybrzmiały na opustoszałej ulicy, na chwilę przestał skrobać patykiem po zmrożonym mięsie. Spojrzał Petunii prosto w oczy, nieznacznie zarumieniony na twarzy. Poczuła dziwny niepokój, zupełnie jakby temperatura spadła o kolejnych kilka stopni. Chwilę potem odrzucił patyk na bok i bez słowa ruszył wzdłuż ulicy, wciskając zmarznięte ręce głęboko do kieszeni.
— Hej! — krzyknęła za nim, co dało efekt mniej więcej podobny do każdej poprzedniej próby rozpoczęcia konwersacji.
Nie wiedząc czemu właściwie się przejmuje, obróciła się na pięcie i podążyła w przeciwnym kierunku, tym razem kierując się już prosto do domu.

***

Normalnie w ogóle by o nim nie myślała. Wcześniej nie wykazywał nią nawet większego zainteresowania (zresztą z wzajemnością), ale po nowym roku coś się zmieniło. Petunia nie potrafiła sprecyzować, co dokładnie się stało, a nawet gdyby musiała, to i tak nie miałaby na to ochoty. Znacznie łatwiej przychodziło udawanie, bo pewnych tematów w domu Evansów zwyczajnie się nie poruszało. Jednakże, bez względu na osobiste preferencje, w ciągu ostatnich tygodni wszystkim domownikom zaczęło brakować racjonalnych argumentów, by wytłumaczyć… niezwykłe zbiegi okoliczności wokół Lily. Jakby tego było mało, Petunia zauważyła, że właśnie te „zbiegi okoliczności” sprawiały, że odrażający chłopak znad rzeki nie chciał zostawić jej siostry w spokoju.
Starały się go unikać jak tylko mogły, ale on jakimś sposobem zawsze je znajdował. Po jakimś czasie Petunia popadła w paranoję. Miała wrażenie, że je śledził. Bała się pytać młodszej siostry o zdanie, bo pomimo wszystko nie chciała jej straszyć. Nie wiedziała, że Lily nie podejmuje z nią tematu dokładnie z tych samych powodów. Te „przypadkowe” spotkania już dawno przestały je irytować — teraz zwyczajnie się go bały. Przy okazji codziennego zmywania naczyń, Petunia postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Zapytała matki, która, jak święcie wierzyła, wiedziała wszystko o wszystkich:
— Ach, ten… — Linda zawiesiła głos w stylu, który dorośli uważali za nieczytelny dla dzieci. Myliła się bardzo, Petunia dobrze znała ten ton i wiedziała, że to, czego zaraz się dowie, nie będzie zbyt optymistyczne:
— To pewnie chłopak Snape’ów, biedne dziecko… Mieszkają po drugiej stronie rzeki — dodała szybko, zupełnie jakby to miało coś znaczyć. 
Pokręciła głową z dezaprobatą, dosypując płatków mydlanych do swojej komory zlewu i oddając czysty talerz Petunii, która zaraz opłukała go dokładnie i przekazała Lily do wytarcia. 
— Mam nadzieję, że się z nim nie zadajesz? — zapytała natychmiast pani Evans.
— Nie, oczywiście, że nie. 
— Dlaczego o niego pytasz?
Lily szturchnęła Petunię porozumiewawczo, ale ona udawała, że tego nie zauważyła.
— Widziałam raz, jak dręczył kota sąsiadów — skłamała, choć w swoim mniemaniu zwyczajnie nieco podkoloryzowała prawdę. — I rzucał w innych kamieniami!
Przecież ten biedny kot skądś się tam wziął, a podejrzany obdartus bezsprzecznie musiał maczać palce w przedwczesnym odejściu biednego stworzenia. 
Prawda?
— W każdym razie nie chciałabym, żebyście się z nim bawiły. Snape’owie to… bardzo specyficzni ludzie. — Linda skierowała te słowa szczególnie do swojej młodszej córki, która bezwiednie oddelegowała talerz do szafki, kierując go do niej jedynie siłą woli. Petunia zasłoniła usta dłońmi, a Linda natychmiast odebrała Lily resztę naczyń.
— Lily! — W jej oczach malowało się przerażenie. — Rozmawiałyśmy o tym!
— Przepraszam… Tak było szybciej.
— A jakby cię ktoś zobaczył? — Pani Evans włożyła talerze na swoje miejsce i oddelegowała córki z kuchni. — Wystarczy już tego. Marsz to swojego pokoju, obydwie!
Petunia, czując się niesprawiedliwie zbesztana, przepchnęła się na schodach przed siostrą, ze złością zatrzaskując jej drzwi przed nosem.

***

Pamiętała wszystko, co związane z tamtym dniem. Gdyby kiedykolwiek przyszło jej zeznawać w tej sprawie, ani chybi potrafiłaby odtworzyć bieg wydarzeń z najdrobniejszymi szczegółami. Zaczęło się od sklepu. Bywały takie momenty, dosłownie kilka razy w roku, gdy zapyziały sklepik spożywczy na głównej ulicy w końcu doprowadzał do porządku swoje fundusze i zamawiał generalne dostawy. Były to okazje rzadkie, podnoszące sprzedaż o trzysta procent, ale też i niemożliwe do przewidzenia. Stary George Brightmann widocznie lubił stwarzać wokół siebie atmosferę zaskoczenia. Dlatego właśnie, ilekroć wieść rozniosła się po mieście, wszystkie panie domu rzucały to, co akurat robiły, łapały płaszcze, które były pod ręką i biegły razem z dziećmi ile sił w nogach, byleby tylko ustawić się w kolejce na czas. 
Tego dnia pani Evans dowiedziała się o dostawie od sąsiadki, która zanim zbiegła z trzeciego piętra, mało nie łamiąc sobie karku na krzywych, kamiennych schodach, załomotała do ich drzwi. Gdy tylko Linda jej otworzyła, mając jeszcze na dłoniach gumowe rękawice do sprzątania, panna Lois McClyde wysapała:
— Pani kochana, rzucili dostawę!
Świadoma powagi sytuacji, Lina zaraz sąsiadce podziękowała i ruszyła po płaszcz.
— Lois! Zajmij mi miejsce w kolejce! — krzyknęła jeszcze, ale nie była pewna, czy ją usłyszała, bo drzwi frontowe trzasnęły z takim rozmachem, że prawie wypadły z futryny.
— Dziewczynki! Dziewczynki, chodźcie na dół! — Zaczęła biegać po domu w poszukiwaniu koszy, toreb i siatek, a gdy tylko jej córki przybiegły do korytarza, każda otrzymała po kilka sztuk. 
— Ubierajcie się! Szybko, szybko, już!
Wypadła na ulicę jeszcze w kapciach, puszczając się biegiem przed siebie. Petunia złapała Lily za rękę, domyślając się, co się święci, po czym chcąc nie chcąc podążyły za matką. Kolejka przed sklepem ciągnęła się przez pół głównej ulicy. Stojące w niej kobiety wyglądały bardzo podobnie do pani Evans — niektóre miały jeszcze wałki na głowie, inne wcale nie zdążyły zabrać wierzchniego odzienia i teraz trzęsły się z zimna w styczniowym przymrozku. Na szczęście kobieca rywalizacja szła w parze z solidarnością — wieści rozchodziły się po kolejce bardzo szybko, niektóre wysłały dzieci do domu, by przyniosły zapasowe kurtki i szaliki, którymi dobrodusznie dzieliły się z sąsiadkami.
— Dziewczynki, prędko, ustawiajcie się. — Linda zauważyła Lois McClyde, która pomachała jej z daleka. 
Ku jej rozpaczy stała gdzieś na szarym końcu kolejki, ale lepsze to, niż nic. Lily i Petunia westchnęły zgodnie, przygotowane psychicznie na najnudniejsze popołudnie swojego życia. Osobiście nienawidziły dostaw u Brightmanna. Oznaczało to wielogodzinne stanie na mrozie i dźwiganie ciężkich siat i koszy, które jakimś cudem zawsze były wyładowane po brzegi. Jeżeli zachodziła taka potrzeba, ich matka zamieniała się w prawdziwą bestię targu.
— Moja droga, słyszałaś? — szepnęła do Lindy Audrey Fincher, naczelna plotkara Cokeworth, która przydreptała do nich z początku kolejki.
— Nie, nie słyszałam — odparła pani Evans.
— Podobno mają prawdziwe jajka! 
— Nie! — Lindzie aż się zaświeciły oczy.
— Tak! — Stojąca w pewnej odległości wdowa Stevens gorliwie pokiwała głową. — Żona rzeźnika powiedziała, że dziś rano udało jej się dostać cały tuzin!
— Podobno Brightmann ma kontakty na wsi — dodała Audrey, patrząc na Lindę znacząco. — Jego matka, tak słyszałam.
Petunia patrzyła to na jedną, to na drugą, chłonąc z ciekawością każde słowo.
— Ja słyszałam, że jego ojciec ma farmę — licytowała się Stevens.
— Dziadek, kochana, dziadek — skorygowała tamta. — Czternaście lat temu całą rodziną przenieśli się tu z południa.
— Audrey, przecież my jesteśmy południem — wtrąciła Linda z uprzejmym uśmiechem.
— O, takie rzeczy to ja sobie wypraszam!
Później zaczęły rozmawiać o niezbyt interesujących sprawach, rzucając przy tym aluzjami, których Petunia zupełnie nie rozumiała. Stała przy matce i popychała butem kamienie do studzienki ściekowej, aż Lily pociągnęła ją za rękaw. 
— Co chcesz? — mruknęła Petunia.
Lily rozejrzała się na boki, po czym odsłoniła kieszeń płaszczyka i z niecnym uśmieszkiem pokazała jej talię kart.
— Skąd to masz? — szepnęła Petunia, upewniając się, że mama nie patrzy.
Odeszły z Lily nieco dalej, by mogły rozmawiać swobodnie. Na szczęście pani Evans była zbyt zajęta plotkami.
— Z biurka taty — odparła z dumą Lily.
— Ale tata zamyka szuflady na klucz. — Petunia zmarszczyła czoło. Zaraz potem na jej twarzy odmalowało się zrozumienie. 
— Lily! Przecież mama powiedziała, że ci nie wolno!
— Och, daj już spokój — zirytowała się młodsza, kładąc koszyk na chodniku i odciągając Petunię na koniec kolejki, by móc rozłożyć karty na blaszanym parapecie jednej z czynszówek. — Wolałabyś tu stać i umierać z nudów?
Petunia, wiedziona wieloletnim doświadczeniem, zgodziła się zaraz z jej argumentacją. Lily z zadowoleniem rozdała karty i zaczęły grać w zakazanego przez matkę Piotrusia. Mijały godziny, a kolejka posuwała się do przodu w ślimaczym tempie. Większość kobiet prosiła sąsiadki, by zajęły im miejsce i gnały do domu, by przygotować obiad dla mężów, ale Linda trwała twardo przy swoim. Petunia czasem jej nienawidziła.
— Ha! Znowu wygrałam! — Lily zgarnęła karty, a Petunia zacisnęła usta ze złości.
Zazwyczaj to ona wygrywała w karty, ale od jakiegoś czasu Lily wypracowała tajemniczą technikę, której Petunia nie mogła rozgryźć. Wyglądało to tak, jakby podmieniała karty, ale przecież to niemożliwe — zauważyłaby coś. 
— Oszukujesz! — Petunia ze złością zrzuciła karty z parapetu i tupnęła nogą, nic sobie nie robiąc z karcących spojrzeń sąsiadek.
— Wcale nie! — Ale niecny uśmieszek ją zdradził, co jeszcze bardziej wytrąciło Petunię z równowagi.
— Wcale tak! Robisz coś z kartami, przyznaj się! — Szturchnęła Lily tak mocno, że ta zatoczyła się do tyłu i wpadła na kogoś z rozmachem.
Ku zaskoczeniu Petunii, był to bardzo jej znajomy typek, którego miała nadzieję już nigdy więcej nie oglądać.
Snape przytrzymał Lily za łokieć, ale ona natychmiast się wyrwała, z powątpiewaniem oglądając jego podziurawiony sweter i znoszone buty, które musiały być co najmniej o trzy rozmiary za duże.
— Lily, odsuń się. — Petunia przyciągnęła siostrę do siebie i spojrzała na chłopaka wojowniczo. 
— Co ty tu robisz? — warknęła. — Zabrakło ci nad rzeką kotów?
Próbowała odnaleźć w sobie dość autorytetu, by go odstraszyć, a przy niedożywionym wyrostku nie było jej trudno zdobyć się na konieczną pogardę. W swoim mniemaniu była pogromczynią największego łobuza na podwórku, z pewnością poradzi sobie z odgonieniem intruza.
— Nie przejmuj się nią — powiedział Snape, patrząc tylko na Lily. — Ona nic nie rozumie.
Starał się mówić spokojnie, ale głos nieco mu drżał. Petunia wykorzystała to z bezwzględnością snajpera:
— To chłopak od Snape’ów, biedne stworzenie — powiedziała głośno, uśmiechając się pogardliwie. — Mieszkają po drugiej stronie rzeki i całe dnie plotą głupoty.
— Zamknij się! — krzyknął, postępując krok w jej stronę. 
Lily pospiesznie pozbierała leżące na chodniku karty i pociągnęła Petunię za rękaw. Kolejka prawie się kończyła, a matka całkiem zniknęła im z oczu.
— Petunio, chodźmy.
Ale Petunia była w nastroju na wojnę i nic sobie nie robiła z jej próśb. Czuła oszałamiającą  przewagę i nie zamierzała z niej zrezygnować.
— Trzymaj się od nas z daleka, Snape — ostrzegła.
— Od takiej mugolki jak ty? — prychnął drwiąco. — Chętnie.
Petunia nie miała pojęcia, o czym mówił, ale sposób, w jaki wypowiedział obce jej słowo wskazywał, że musiała to być jakaś obelga. Przewróciła z wyższością oczami, ale zanim zdążyła coś odpowiedzieć, Snape wbił drapieżne spojrzenie w jej siostrę.
— Nie jesteś taka, jak ona — powiedział szybko; tak szybko, jakby dzwonił z budki telefonicznej i kończył mu się czas. — Jesteś niezwykła. Jak ja. Jesteś czarownicą, Lily Evans. — Postąpił krok w ich stronę, ale Petunia odepchnęła go stanowczo. 
— Zostaw ją w spokoju, zboczeńcu!
Była starsza i nigdy w swoim życiu nie chodziła głodna, więc miała na tyle siły, by trzymać go na dystans. To się mu oczywiście bardzo nie spodobało, ale wiedział, że w konfrontacji dwie na jednego jest bez szans. Splunął zatem pod nogi Petunii paskudną, żółtawą flegmą, mamrocząc pod nosem coś, co brzmiało jej obco i bardzo złowieszczo.
— Petunio, chodźmy stąd — poprosiła znów Lily.
— Tak, racja — zgodziła się łaskawie, ale gdy tylko obydwie się odwróciły, Snape warknął ponownie:
— Cholerna mugolka!
Petunia starała się nie reagować, chociaż on z satysfakcją zaobserwował, że ręce nieco jej się trzęsły.
— Co to „mugolka”? — zapytała Lily, odwracając się przez ramię tylko raz i natychmiast przyspieszając kroku, gdy zobaczyła, że dziwaczny chłopiec nadal tam stoi i patrzy się na nią z nadzieją.
— Nie mam pojęcia. To pewnie jakiś slang biedoty, nie zwracaj na niego uwagi.
— Petunio, ale jeśli miał rację? — dopytywała się. — Co jeśli faktycznie jestem inna?
— Zwariowałaś? — Petunia starała się uśmiechnąć, choć serce nadal waliło jej jak młotem. Poprawiła czerwony berecik Lily, który zsunął jej się za mocno na czoło. 
— Żadne straszydło znad rzeki nie będzie ci mówić, kim jesteś. Jesteś moją siostrą, oto kim jesteś. A teraz się pospiesz, bo mama będzie zła.
Kilka dni później Lily dostała list. I chociaż Petunia bardzo by chciała wymazać to wszystko z pamięci, nie była w stanie. Skoncentrowała się więc na zapamiętaniu tego ostatniego dnia, kiedy wydawało jej się, że nie ma takiej siły, która mogłaby je rozdzielić. Okazało się niestety, że była, a jej imię brzmiało Albus Dumbledore.

12 komentarzy:

  1. Zjadło Ci zaraz na samym początku akapit.
    Okej, Petunia dostała maszynę ma jedenaste urodziny, a piszesz, że rok później postanowiła zostać detektywem, czytała książki, fascynowała się czymś typowo mugolskim, więc zakładam, że nie dostała listu z Hogwartu. A! Właśnie! Nie jestem pewna, może mi umknęło... o ile lat w Twoim opku Petunia jest starsza od Lily? Z fabuły HP wiemy, że urodziła się po prostu przed 1960 rokiem, ale to może być rok, a może pięć. Dobra, pięć to trochę przesada. Tak się zastanawiam, bo Petunia (tak czy siak) jest starsza od Snape'a, dlatego ciężko mi sobie wyobrazić ich ewentualny związek. Mam cichą nadzieję, że do niego dojdzie, bo piszesz w dojrzały sposób i naprawdę jestem ciekawa, jak coś takiego by wyglądało, bo niestety zdecydowana większość opowiadań (a już 100% tych, które czytałam) ze Snape'em w roli głównej nie są jakoś wybitnie dobre. Zwłaszcza gdy autorka pakuje go w jakąś romatyczno-związkową relację z loszką (zwykle Hermioną, meh, pragnę jakiegoś dobrego opka ze Snape'em i OC). Ale jednak para młodszy facet i starsza dziewczyna jakoś dziwnie mi się kojarzy, chyba przesiąkłam tą odwrotnością (i to spoooorą).

    OdpowiedzUsuń
  2. No to będzie się działo, babcia przyjeżdża do domu Evansów. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się Twoja obietnica co do jej „trudnego” charakteru. Podoba mi się, że Petunia jest (nadal mimo swojej dziecinności) taka dokładna. Widziałam ostatnio w internetach, że ślizgawki są testem na dorosłość; kiedy Petunia udała się do magla, od razu o tym pomyślałam. Zdała go bezbłędnie, Lily najprawdopodobniej zrobiłaby sobie pyszną zabawę.
    No, Snape grzebiący w zdechłym kocie to zdecydowanie mój poziom estetyki, aczkolwiek zastanawiam się, czy nie pasuje to bardziej do Toma Riddle'a, ale i tak go takiego kupuję. Najpierw te uwagi o cyckach Petunii, teraz zainteresowanie trupem... Skoro niewiele wiemy o zachowaniu Severusa w dzieciństwie, spokojnie mogło się i tak wydarzyć, aczkolwiek masz pewien merytoryczny błąd: skoro od jakiegoś czasu jest bardzo mroźno, a kot leży na chodniku kilka dni, nie mógł się rozłożyć tak, by Snape mógł w nim grzebać, bo na mrozie nic się aż tak szybko nie rozkłada. Dopóki ciało nie odtaje, nie ma prawdziwego rozkładu, może co najwyżej skostnieć.
    Gdybym nie zobaczyła gwiazdek oznaczających koniec scenki, byłabym pewna, że Snape postanowi zrobić Petunii na złość i zabierze jej kosz albo powywala na śnieg bety z magla. XD
    Szkoda, że nie opisałaś tej „przedświątecznej herbatki” z babcią Petunii. Najpierw grzebanie Snape'a w kocie, a teraz hyc i Nowy Rok. ;_;
    Znowu Ci się przytrafił czas teraźniejszy: „Lily nie podejmuje”.
    Oho, czyli Lily zaczęła przejawiać swoje umiejętności na tyle, że Snape się nią zainteresował, czekałam na ten moment. W ogóle czekam na moment, kiedy oboje dostaną listy, jestem ciekawa, czy przedstawisz zachowanie Petunii dokładnie jak w książce, czy jakoś inaczej. Chociaż sądząc po prologu i wychodzeniu za mąż (Petunia nie od razu poznała Snape'a, więc pewnie nie chodzili razem do Hogwartu), pewnie aż tak nie odlecisz od kanonu. Okaże się. XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja już nie wiem, jak mam pisać albo ciąć te komentarze, żeby zmieścić w jednym jak najwięcej. ;_;
    Kurcze, a byłam pewna, że Petunia zakabluje Lindzie, że Snape włóczy się za Lily. No nieeee, tak to przedstawiłaś, że to zainteresowanie Severusa Lily wygląda jak jakaś obsesja pedofila albo stalkera, mimo że w książce (ta ich młodość) była jedynym, co mogłam w miarę zdzierżyć. W ogóle nie kupuję tej wielkiej przyjaźni Snape'a i Lily w nastoletnich czasach, Lily bardzo się zmieniła i to nie mogło wypalić. Nie mówię nawet o wielkiej miłości Snape'a, ale kanon to kanon. Za to ten krótki fragment ich życia jeszcze sprzed Hogwartu wydawał mi się całkiem przyjemny, Snape desperacko szukał jakiejś bratniej duszy, z którą bez przeszkód mógł rozmawiać o ich zdolnościach.
    Podoba mi się zachowanie Lindy wobec „nienormalności” Lily. Wydaje mi się, że Petunia trochę przekoloryzowała, kiedy powiedziała Harry'emu, że rodzice byli zachwyceni, kiedy jej siostra okazała się być czarownicą. Na bank byli zaskoczeni i zaniepokojeni, w przyszłości pewnie dostrzegli jakieś plusy, ale zanim wszystko się wyjaśniło, musieli się zastanawiać, czy ich córka nie jest jakaś nienormalna czy opętana. A że Petunii się oberwało... no trudno, tak to jest, jak się ma rodzeństwo. XD Dlatego zawsze wolałam, kiedy mój brat obrywał też za mnie, niż gdybym sama miała znosić karę. XD
    O matko, ta krzątanina przed sklepem jak za naszej komuny. Ciekawa jestem, czy Twoja Petunia zazdrości Lily jej umiejętności. Bo w kanonie tak było, ona donosiła mamie i tak ganiła siostrę, bo była zazdrosna o to, co potrafiła. Oczywiście tylko po części, bo istotnie tego nie rozumiała i bała się, że może się rozejść, że jej rodzina jest nienormalna (jak te Snejpy zza rzeki), ale wcale nie wspominasz o tym, że Petunia też tak chciała. To czysto dziecięce.
    W normalnej sytuacji miałabym buldópy, że Severus odpowiada komuś w tak dziecinny sposób („Od takiego mugola? Chętnie!”), ale są dziećmi, więc doskonale pasuje. Boli mnie to, że w prawie każdym Sevmione czy opku z Severusem autorki wkładają w jego usta takie słowa, a on ma wtedy prawie czterdzieści lat. ;_;
    Końcówka super i nie mogę się doczekać, co będzie dalej, bo mam wrażenie, że z tym rozpocznie się coś konkretnego. Te trzy rozdziały wyglądały jak zapowiedź, a może mi się tylko tak wydaje, bo to Lily idzie do Hogwartu, nie Petunia. Chyba że może uda jej się przekonać listownie Dumbledore'a? ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, trochę się zgubiłam w komentarzach, rzeczywiście bardzo się rozpisujesz xD Uhm, nie wiem czy na wszystko uda mi się odpowiedzieć, ale przede wszystkim nie rozumiem trochę, dlaczego oczekiwałaś, że Petunia dostanie list?

      Uznałam, że rok różnicy będzie idealny, sądząc po doświadczeniach w mojej rodzinie rok różnicy między siostrami sprawia, że są niemal jak bliźniaczki, a to mi pasowało do wczesnego dzieciństwa Lily i Petunii. Masz rację, te trzy rozdziały są wstępne, to znaczy tak naprawdę najważniejszy jest pierwszy, wyobraź sobie trochę Mrs. Dalloway i czytanie wszystkiego jednym ciągiem, tak właśnie to widziałam. Retrospekcja w retrospekcji w retrospekcji ;) Nie martwiłabym się o związki, romanse, ani tym bardziej różnicę wieku – Snape prawdopodobnie już się urodził z permanentnym skrzywieniem i zasobem słów absolwenta Eton, przynajmniej ja to tak widzę :D Wiem, że trochę skaczę, ale zaufaj mi, że to dlatego, bo szykuję coś dużo lepszego potem, a nie za bardzo chciałam się koncentrować na dzieciach. Co do babci – nic się nie martw. Będzie miała kluczową rolę!

      Usuń
    2. Może nie oczekiwałam, ale dopuszczałam taką możliwość, jednak później sobie przypomniałam, że Petunia nie poznała Snape'a. Rok jest spoko, też zakładałam, że ich różnica wieku w kanonie nie może być większa niż dwa lata, ale u Ciebie albo Petunia jest już tak zajebiście dojrzała, albo Lily jeszcze nie dorosła do tych jedenastu lat. Tak czy siak, różnica między nimi jest ogromna. XD

      Usuń
  4. Och, rozdział jest świetny! Lubię Twój sposób pisania i to, że podjęłaś się tematu Petunii (pokochałam "Wielką Ucieczkę" również dlatego, że opowiadała o kimś kompletnie innym niż większość dzisiejszych fanfiction i myślę, że w tym wypadku polubię Miss Petunię tak samo mocno). Pluję już powoli tymi wszechobecnymi Dramione i szczerze zaczynam nienawidzić pokolenia Harry'ego Potter'a. Twój blog to taki niesamowicie fajny powiew świeżości.

    Co do samego rozdziału - jak ja lubię czytać o młodej Petunii i życiu w Cokeworth *-*. Znam skądś tą "sklepową gorączkę" i stanie w nigdy niekończących się kolejkach <3
    Snape'a nie lubię i nigdy nie lubiłam, dlatego bardzo podoba mi się sposób w jaki go przedstawiasz (hłe, hłe). Sama jestem starszą siostrą i chybabym takiego Smarkerusa na miejscu wypatroszyła, jakby mi siostrzyczkę zaczepiał i mącił jej w głowie (bezczelny!).
    Cieszę się, że ktoś w końcu odważył się opowiedzieć tę historię z perspektywy starszej Evansówny, a nie tylko z punktu widzenia biednego, poszkodowanego Severusa czy małej Lily. W głębi serca zawsze wiedziałam, że kiedyś Petunia naprawdę była dobrą osobą, to tylko zabranie jej siostry tak bardzo ją zmieniło. W końcu ten przeklęty obdartus i jakiś dziwny świat magii odebrali jej kochaną towarzyszkę! Dziewczynę po prostu musiało to zaboleć.

    Czekam na więcej (kurczę, zachłanna jestem)! Mnóstwo czasu na pisanie dla nas i więcej takich świetnych pomysłów życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Wielkie "dziękuję", prosto z dna mojego ślizgońskiego serca! :) Chociaż jeżeli nie lubisz Severusa trochę mnie dziwi, że sięgasz już po mojego drugiego fanfika, haha, nie jest tajemnicą, że mam słabość do przerośniętego nietoperza z lochów… Ćśś, Oleńska, nie odstraszaj ludzi. Khm.

      Zgadzamy się co do Petunii :) Chociaż ja do końca nie polecę z kanonem, jak zwykle zrobię zamęt xD Cieszę się, że się podoba. Niedługo pewnie wrzucę coś nowego, RIP magisterko…

      O.

      Usuń
    2. W moim przypadku sprawa z Severusem jest nieco zagmatwana.

      W tym wszystkim najbardziej denerwuje mnie robienie z niego wielkiego bohatera, pomijając przy tym wszystkich pozostałych, którzy mieli swój wkład w ratowanie magicznego świata i samego Harry'ego. Ja go tak nie postrzegam - wszystko, co robił, żeby chronić Potter'a, robił tylko dla Lily...Hem... Ogólnie prawie wszystko z nim związane sprowadza się do Lily i do jego miłości do niej.
      A jeśli już o tym mowa to warto napomknąć, że jestem przeogromną fanką Jily, więc i pod tym względem muszę Snape'a nie lubić (dla zasady, bo robi Jamesowi konkurencje :-P).
      Tak, więc jeśli temat Severusa ściśle nie styka się z tematem Lily i ludzie nie czczą go niczym bóstwo, patrzę na niego łagodniej. Nie przeszkadzała mi jego obecność w "Harrym Potterze i przeklętym dziecku", a i lubiłam czytać jak się czasem zdrowo "podroczył" z uczniami.

      Ach, ja jak to ja musiałam się na ten temat rozpisać ;-)

      Usuń
    3. Ach, skoro tak, to z czystym sumieniem stwierdzam, ze mozesz czytac moje fanfiki bez obaw :) kocham tylko Severusa skurwysyna, ktory krzyczy, prycha, warczy i nikogo nie toleruje hehe, no moze czasem go sparuje z OC, ale zawsze bardzo delikatnie.

      Usuń
  5. Kocham twoje opisy ;) Nie bardzo wiem co napisać po za tym, że opowiadaniem jest cholernie wciągające i naprawdę zaczynam lubić Tunie. Lily jakoś mnie tu irytuje, nie mówiąc już o Lindzie. No i Snape taki w swoim stylu ;) Bardzo mi się to podoba.
    Podrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wszystkie komentarze, bardzo to doceniam! :)

      O.

      Usuń
  6. Nie wiedząc czemu właściwie się przejmuje — przecinek przed „czemu”
    podążyła w przeciwnym kierunku, tym razem kierując się już prosto do domu — powtórzenie
    Jakby tego było mało, Petunia zauważyła, że właśnie te „zbiegi okoliczności” sprawiały, że odrażający chłopak znad rzeki nie chciał zostawić jej siostry w spokoju. — chyba nie rozumiem? Jak Petunia połączyła te dwa fakty?
    Pani Evans włożyła talerze na swoje miejsce i oddelegowała córki z kuchni. — słowo „oddelegować” jest na tyle charakterystyczne, że użyte dwa razy w tak małej odległości (wcześniej Lily oddelegowała talerz) razi w oczy.
    Fragment o dostawie w sklepie tak cudnie obrazuje klimat tamtych czasów! Cudo!
    krzyknęła jeszcze, ale nie była pewna, czy ją usłyszała — tu mamy błąd podmiotu, domyślnym jest mama Petunii, a potem nagle w domyśle masz sąsiadkę… Znów to samo pojawia się w tym fragmencie: Ku jej rozpaczy stała gdzieś na szarym końcu kolejki.
    Zaczęła biegać po domu w poszukiwaniu koszy, toreb i siatek, a gdy tylko jej córki przybiegły do korytarza — biegać, przybiegły
    — Audrey, przecież my jesteśmy południem — wtrąciła Linda z uprzejmym uśmiechem.
    — O, takie rzeczy to ja sobie wypraszam!
    — śmiechłam na ten wyraz oburzenia, na to wywyższenie! Bardzo dobra scena.
    Spodobał mi się też fragment, w którym widać, jak z sekundy na sekundę postawa Petunii na zasadzie „jesteś głupia, oszukujesz” zmienia się w „chodź tu Lily, obronię cię; zostaw moją siostrę, ty łobuzie!”.
    Petunia nie miała pojęcia, o czym mówił, ale sposób, w jaki wypowiedział obce jej słowo wskazywał, że musiała to być jakaś obelga. — przecinek przed „wskazywał”
    — Żadne straszydło znad rzeki nie będzie ci mówić, kim jesteś. Jesteś moją siostrą, oto kim jesteś. — łezka mi się w oku kręci, gdy sobie pomyślę, jak bardzo się to potem zmieni… Aż boję się otwierać kolejne rozdziały!
    Zakończenie rozdziału w pięknym stylu. :)
    Zastanawia mnie tylko jedna rzecz… Będę się tu teraz posiłkować trochę tym, co zdradziłaś w komentarzu Frozence, czyli że między siostrami jest rok różnicy. Nie pasuje mi więc trochę scena z rozdziału drugiego, kiedy Lily ma osiem lat, a Petunii myślbi brzmią, jakby miała co najmniej kilkanaście lat. Ja wiem, że kiedyś dziewczynki doroślały szybciej, zwłaszcza te starsze siostry, ale bez przesady. Nie widzę też właściwie różnicy w sposobie myślenia 9-letniej i 12-letniej Petunii, a to są lata, kiedy dużo się człowiekowi przestawia w głowie.

    OdpowiedzUsuń