07.11.2016

Rozdział drugi — Hide it in the hiding place where no one ever goes

A/N: Betowała niezastąpiona Nocebo.

Wiosna w sześćdziesiątym ósmym trafiła się niespodziewanie duszna, a jakby tego było mało, pod koniec marca wzmożono produkcję i od fabryki nadpłynęła nad miasto lepka, śmierdząca mgła, która nie opuściła Cokeworth aż do maja. Choć z drugiej strony wtedy zaczęły się wichury i człowiek już nie wiedział, na co narzekać najpierw. Na szczęście w tym samym czasie do Anglii przybyło również coś znacznie, znacznie lepszego: aż do lata z każdego wystawionego na parapecie radia rozbrzmiewał na okrągło nowy singiel duetu Simon & Garfunkel. Do wakacji Petunia nauczyła się słów piosenki na pamięć. Czuła się tak, jakby pani Robinson była jej osobistą znajomą, chociaż nie do końca rozumiała, dlaczego właściwie muzycy kazali jej coś chować w spiżarni razem z babeczkami — każde rozsądne dziecko wiedziało, że to tam szuka się skarbów w pierwszej kolejności.
— Petuniooo! Będziemy ostatnie nad rzeką!
Wystała przy parapecie wdowy Stevens dopóki nie rozbrzmiała ostatnia nuta Mrs. Robinson. Potem, w przerwie na reklamy, znajomy, głęboki głos zaczął zapowiadać nowe arcydzieło kinematografii MGM, którego Petunia i tak nigdy w życiu nie będzie miała szansy zobaczyć, choćby nie wiadomo jak błagała rodziców. W Cokeworth nie było kina.
— No chooodź!
Lily pomachała jej z przeciwnej strony ulicy, a Petunia mało nie dostała zapaści — nie miała pojęcia, o co właściwie chodziło, ale słyszała o niej regularnie od matki w chwilach wzburzenia i domyślała się, że musiała być spektakularna. W te pędy dobiegła do siostry, przytrzymując przy kolanach przykrótką spódniczkę w białe kropki. Młoda zaraz zarobiła sójkę w bok.
— Miałaś na mnie zaczekać!
— Ale ile chciałaś tam stać? Do nocy? — Lily zapiszczała z pretensją w odpowiedzi, choć tym razem nie udawała, że się marze. Takie rewelacje odchodziły w obecności rodziców.
— A jakby cię ktoś przejechał? Miło by ci było, co? — Petunia złapała siostrę za ramię, prowadząc ją statecznym krokiem wzdłuż głównej ulicy.
— Miło! — zapewniła z takim zapałem, jak to tylko ledwo odrośnięte od ziemi ośmiolatki potrafią.
„Główna ulica” Cokeworth była taką wyłącznie z nazwy, bo poza dawno już zamkniętą pralnią samoobsługową i nędznym sklepem spożywczym — w którym nigdy niczego nie mieli — nic się na niej specjalnie nie działo.
— Mówię ci, będziemy tam ostatnie — kłóciła się Lily, wycierając wierzchem dłoni spocone czoło i kark.
— Tak, uważaj, bo ci ta rzeka ucieknie — odgryzła się Petunia, tym razem rozsądnie sprawdzając czy nic nie jedzie, zanim skręciły w uliczkę przy zamkniętym browarze.
— Zawsze może wyparować!
— Wyparować?
— Wyparować! — powtórzyła zaraz głośno, ponieważ ostatnimi czasy Lily wychodziła z założenia, że im wyższy będzie jej ton głosu, tym więcej racji po jej stronie.
Petunia nic na to nie odpowiedziała. Rozejrzała się ostatni raz, zanim skręciły w polną drogę przy lesie, która prowadziła prosto nad rzekę. Wiedziała, rzecz jasna, że prawdopodobieństwo napotkania tego dnia samochodu na ulicy było równie wielkie, co wizyta świętego mikołaja, ale mimo wszystko duma ze świecenia przykładem młodszej siostrze wzięła nad nią górę. 
Lipiec zapoczątkował zwodniczy tydzień burz, dzięki któremu zalana ściekami z fabryki rzeka oczyściła się do tego stopnia, że można było w niej pływać. O toksycznych, rakotwórczych odpadach nikt jeszcze nie myślał, a zarząd nie przejmował się na tyle, by coś z tym zrobić — kiedy zaczęły się upały, a temperatury osiągnęły rekordowy wynik dziewięćdziesięciu pięciu stopni w cieniu, matki marzyły już tylko o drzemkach i pozbyciu się dzieciaków z domu. Ojcowie kisili się zaś w nieprzyzwoicie dusznych biurach i halach maszyn, więc nie wtrącali się za mocno w temat aktualnej lokalizacji swoich pociech, dopóki o piątej po południu nie odbili karty — choć wtedy domagali się już raczej tylko obiadu i kapci.
— Szybciej! — Lily pognała przed siebie leśną ścieżką, gdy z oddali doszło ją chlupanie i chichoty.
— Lily, zaczekaj! — Petunia nie mogła biec tak szybko — już dawno wyrosła z tej sukienki, więc jeżeli podniesie kolana za wysoko, wszyscy będą mieli okazję zobaczyć jej majtki.
Gdy dotarła do przyrzecznych szuwarów i zaczęła się przedzierać przez zarośla ostrego tataraku, zdążyła pokaleczyć palce w kilku miejscach, zanim w końcu dotarła do maciupeńkiej „plaży”, czy też raczej: suchego, wydeptanego placka ziemi, który oddzielał rzekę od roślinności. Lily, której z jakiegoś powodu zarośla nigdy się nie imały, dawno zrzuciła swoje ubrania i zostawiła je na kupce utworzonej z sukienek, spodni, bluzek i butów innych dzieci. Gdy Petunia stanęła przy brzegu, jej siostra, w samej bieliźnie, właśnie skoczyła prosto w sam środek błotnistej rzeki. Petunia została na brzegu sama. 
Zdjęła powoli buty i ułożyła je w pewnej odległości od wody, równo obok siebie, by stykały się nosami. Odkąd przeczytała bajkę o parze butów, która była małżeństwem i została rozdzielona w tragicznych okolicznościach, postawiła sobie za cel dopilnować każdego obuwia w domu. Bardzo przejmowała się zachowaniem porządku.
— Petunia, chodź! — Lily przypomniała sobie o niej, gdy stała już po pas w brudnej wodzie.
— Poczekam tu na ciebie! — Odmachała jej, udając stanowczość. Usiadła na piasku zmieszanym z błotem, mocząc jedynie nogi i mając nadzieję, że Lily nie będzie więcej naciskać. Nie chodziło nawet o to, że od jakiegoś czasu nie podchodziła już tak niefrasobliwie do kwestii bielizny — to nie tego wstydziła się pokazać.
Siedziała więc na chłodnym piasku, co w sumie, wmawiała sobie, również bardzo orzeźwiało. By zabić czas, grzebała patykiem w kupce podgniłych liści, choć nie dane jej było pobyć w samotności długo:
— Czemu nie wchodzisz do wody?
Odwróciła się zaraz, gotowa bronić swojego zdania, aczkolwiek szybko się rozmyśliła. Przed nią stał wyjątkowo dziwny chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziała. Był dużo niższy od niej, a do tego niespotykanie chudy. Pomimo upału miał na sobie dżinsowe, podarte ogrodniczki, jego włosy wyglądały, jakby nikt ich nie czesał od tygodni, a skórę miał tak bladą, że Petunii natychmiast przyszły na myśl wampiry z „Opowieści z krypty”. Chłopak, nic sobie nie robiąc z jej wnikliwych obserwacji, sam zmierzył ją analitycznym, bezczelnym spojrzeniem, po czym kiwnął głową z pełnym zrozumieniem.
— To dlatego, że masz cycki?
Petunia zrobiła wielkie oczy i zasłoniła rękami wątłą klatkę piersiową. Nieznajomy zmarszczył czarne brwi.
— Nie przejmuj się. Widziałem już jedne u sąsiadki. — Usiadł obok niej bez zaproszenia i wziął do ręki leżący nieopodal kamień. — Nic specjalnego — poinformował ją, w razie gdyby nadal czuła się niezręcznie. Obserwował chwilę jezioro, mrużąc oczy w skupieniu i marszcząc swój wielki nos. — Ale twoje pewnie są jeszcze za małe, wiec tym bardziej nie masz czym się zadręczać.
To powiedziawszy, mały podglądacz wyważył kamień w dłoni i rzucił go przed siebie z pełną precyzją. Trafił największego chłopaka prosto w kark, a gdy ten się odwrócił, spojrzał bezpośrednio na zaskoczoną Petunię, która wyglądała na bardzo winną. Kiedy zerknęła w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą siedział ten dziwny chłopiec, zobaczyła tylko odciski bosych stóp na mokrym piasku. Domyśliła się, że musiał skoczyć w tataraki, co zaraz sama uczyniła, bo ogromny, ostrzyżony na jeża lokalny łobuziak parł przez wodę w jej stronę, krzycząc, że ją zabije — w co święcie mu wierzyła.
Uciekała przez zarośla, starając się nie nadepnąć na porzucone przez bezdomnych potłuczone butelki lub ostre kamienie, cały czas słysząc za sobą wściekłe okrzyki. Kiedy w końcu przedarła się przez florę otaczającą błotnisty brzeg rzeki, w oddali zobaczyła uciekającego rozbójnika w ogrodniczkach. Był niezwykle szybki. Przeskakiwał przez suche krzaki i zwalone gałęzie z taką zwinnością, jakby sam stanowił część lasu.
— Mam cię! — Usłyszała nagle ze swojej lewej i poczuła ostre szarpnięcie. Upadła prosto w błoto.
Wyrośnięty ponad wiek rozbójnik, którego trafił kamień obcego urwipołcia, był synem zastępcy dyrektora fabryki. Spośród wszystkich dzieci zawsze pozwalał sobie na najwięcej, bo dobrze wiedział, że nikt mu nie podskoczy.
— Co, myślałaś, że jesteś taka zabawna? Zaraz ci pokażę! — Wziął w tłustą rękę kawałek  zakopanej w piachu cegły, po czym z całej siły rąbnął nią w ramię Petunii.
Zawyła z bólu, jednocześnie odsuwając się od niego tak szybko, jak pozwalała na to obecna niezręczna pozycja. 
— Patrzcie jak ucieka! Masz rację, uciekaj! — Złapał ją za nogi i uniósł znowu rękę.
Petunia zakryła twarz, gotowa na otrzymanie kolejnego ciosu, ale w tym samym momencie usłyszała gdzieś z boku znajomy, wojowniczy pisk:
— HEJ!
Zaraz potem drobne, bose stopy zabiły o piasek i ktoś wpadł na chłopaka z całą swoją mocą.
— Zostaw moją siostrę, Bradley! — zakrzyknęła Lily, skacząc na niego ze zwinnością małej i wyjątkowo rozwścieczonej wiewiórki, którą zresztą bardzo przypominała.
Szarpała go za uszy, wsadzała palce w oczy, kopała go po nogach i generalnie stosowała wszystkie chwyty dozwolone na podwórku.
Dzieciaki taplające się w rzece były zbyt zajęte zabawą, by zauważyć, że Bradley znów się nad kimś znęca — nie stanowiło to też wielkiej nowości. Gdy Lily odciągnęła napastnika rozpaczliwymi atakami, Petunia w przypływie odwagi rozejrzała się za bronią. Niestety, w tatarakach dostrzegła jedynie potłuczoną, brązową butelkę ze znajomą, pomarańczową etykietką piwa Bass. Będzie musiała improwizować…
— Hej, Bradley! 
Zanim wyjątkowo agresywny wyrostek zdołał zrobić Lily coś gorszego, niż wytarganie jej za włosy, Petunia dopadła do niego i przyłożyła mu kolanem prosto w krocze — zupełnie jak ta aktorka w westernie, na który ojciec zabrał je w zeszłe święta. Nie spodziewała się, że będzie z tego tyle krzyku, a on padnie jak długi, ale część dzieciaków zaczęła się śmiać, więc nie żałowała swojego czynu zbyt mocno. Lily wykazała się refleksem — zaraz złapała swoje ubrania i czmychnęła do lasu, a Petunia natychmiast podążyła za nią. Wszyscy się przed nimi rozstąpili i na jeden, poważny moment przestało ją obchodzić, że kompletnie porwała spódnicę i pokaleczyła sobie kolana. 
Tego dnia obydwie panienki wróciły do domu umorusane błotem, podrapane i ogólnie w stanie, który Linda Evans podsumowała nieziemską awanturą. Gdy siostry zostały odesłane do łóżka bez kolacji, jeszcze długo leżały w ciemności i nie mogły zasnąć. Wiedziały, że odtąd będą dzielić straszliwy, mroczny sekret — pokonały w walce największego łobuza i uszły z życiem. Jasnym było, że Bradley już planuje zemstę i następnym razem pewnie je dopadnie, ale dziś były wojowniczkami. Siostrami na zawsze.
Do solennej przysięgi o siostrzeństwie, wymienionej z Lily szeptem, Petunia dodała w duchu własny podpunkt — dobrze zapamiętała, przez kogo tak naprawdę wpadły w kłopoty i nie zamierzała mu tego darować.
Siostry zdołały uniknąć zemsty Bradleya aż do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, kiedy „sprawiedliwość” została wymierzona Petunii przy okazji podwórkowej gry w palanta. Bradley walnął ją piłką tak mocno, że starsza panna Evans przez cały dzień chodziła z opuchniętym policzkiem. Miała szczerą nadzieję, że gdzieś uda jej się spotkać tego, który był za ten cały bałagan odpowiedzialny, ale w ciągu kilku kolejnych tygodni zorientowała się, że on chyba nie chodził do szkoły wcale. Zanim klątwy i wyzwiska zdołały jednak dosięgnąć samozwańczego dziwaka znad rzeki, życie po raz pierwszy pokazało Petunii, że ma dużo większe poczucie humoru, niż mogłaby je o to podejrzewać.
Zarząd otrzymał od hrabstwa natychmiastowy nakaz zamknięcia fabryki w Cokeworth. W okolicy świąt na dobre przestała działać. Gdy w nocy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego grudnia stanęły wszystkie turbiny w maszynach, a z komina uleciał ostatni obłok duszącego dymu, mieszkańcy z najdłuższą rezydenturą słusznie przeczuwali, że dla miasta oznacza to początek końca. Nie mylili się, bo i też złorzeczące starsze panie rzadko kiedy się mylą. 
Bradley i jego rodzina wynieśli się wraz z nadejściem nowego roku, podobnie jak znakomita większość, która straciła pracę. Petunia odetchnęła z ulgą. Nie wiedziała, że prawdziwe kłopoty miały dopiero nadejść; co więcej, minie jeszcze trochę czasu, zanim zorientuje się, że faktyczne fatum zwiastują sowy. 

***

Na swoje jedenaste urodziny Petunia dostała od matki pierwszą książkę, która jej się spodobała. Wznowione wydanie debiutu Agathy Christie, oprócz wciągającej historii, zawierało dodatkowe ilustracje: rysunek fragmentu testamentu oraz mapę domu, w którym rozegrało się morderstwo. To ostatnie zaciekawiło dziewczynkę najbardziej. Spędziła kilka następnych godzin wodząc palcem po ścianach i ścieżkach, starając się dociec kto zabił.
Pan Evans postanowił podarować córce specjalny dzień, tylko dla nich, więc po południu zabrał ją do Londynu. Jako jedyny w mieście nie stracił pracy, gdy fabryka upadła, bo z zawodu zajmował się czymś zupełnie innym, a Petunia wiedziała o tym dobrze i w swoim dziecięcym mniemaniu uważała się za bogaczkę lub przynajmniej kogoś lepszego od reszty Cokeworth. Przez całą drogę obserwowała krajobraz przez okno pociągu, głaszcząc palcami miękki, czerwony fotel i zerkając co jakiś czas, jak ojciec w zamyśleniu stuka palcami o uda, zupełnie jakby grał na wyimaginowanym fortepianie. Nie wiedziała, że jej urodziny stanowiły dla niego stosowną wymówkę, by odwiedzić stare kąty, ale on nie widział powodu, by jej o tym mówić.
W The Royal Opera pracował jego dobry kolega, Steven Tito, z którym znali się jeszcze ze studiów na akademii muzycznej. Korpulentny Anglik włoskiego pochodzenia podobno był teraz kumplem od kieliszka samego Webstera, czego Michael Evans niesłychanie mu zazdrościł. Steven, ze względu na stare czasy, pozwolił im usiąść za kulisami podczas próby do Wesela Figara. Niestety, kiedy tylko przed orkiestrą stanął dyrygent wielbiony przez całą Anglię, pan Evans nie potrafił usiedzieć w ciszy:
— Kiedyś na tej scenie występowała sama Maria Callas… — szeptał do córki, razem z nią z nabożną czcią obserwując kanał dla orkiestry przez szparę w kotarze. — Popatrz na ten fortepian! — Na widok błyszczącego, czarnego Steinwaya, wstrzymał na chwilę oddech. 
Petunia nie znała się na muzyce, choć kiedy była młodsza ojciec postawił sobie za cel nauczenia jej przynajmniej kilku utworów. Umiała grać — niezbyt dobrze, bez krzty wirtuozerii, ale przynajmniej na tyle przyzwoicie, by oddać sprawiedliwość puli kompozytorskich genów, których była częścią.
Wizyta w mieście zakończyła się, całkiem niespodziewanie, przejażdżką metrem do Ealing, gdzie babcia Lily i Petunii mieszkała jeszcze od wojny. Widywała swoje wnuczki bardzo rzadko, zazwyczaj wymawiając się brakiem czasu i bólem w stawach. Petunia podejrzewała, że zwyczajnie nie przepadała za dziećmi, dlatego teraz ściskała swój bilet za trzy pensy tak nerwowo, że mokre od potu dłonie praktycznie całkowicie rozmazały tusz na szorstkim papierku. 
Margaret Evans odwiedziła ich w Cokeworth tylko raz i wyjechała jeszcze tego samego dnia. Była prawdziwą Angielką, w której żyłach płynęła herbata, a akcent miała tak wyważony i elegancki, że mogłaby dawać lekcje. Co więcej, stawiała żelazny opór wszystkim pomysłom syna i nie miała najmniejszego zamiaru wynosić się do żadnego domu spokojnej starości. Skoro Niemcy nie dali jej rady, Michael szczerze wątpił, by on coś tu wskórał. 
Madam Evans nie chciała również słyszeć o mieszkaniu w pobliżu synowej, za którą, delikatnie mówiąc, nie przepadała. Niechęć była całkowicie odwzajemniona. Matka zawsze uważała, że Michael ożenił się z kobietą wyjątkowo poniżej swojego statusu, co wielokrotnie dawała Lindzie odczuć — wiadomo, że gdyby został w Londynie i nie ulegał tej kobiecie, miałby szansę na dużo większą karierę! Ta kobieta natomiast nieustannie próbowała wydostać męża spod wpływu rodzicielki, ale on pozostawał głuchy na jej argumenty. Margaret Evans wychowała syna samodzielnie w czasach, gdy samotne matki chętnie wrzucano do jednego worka z prostytutkami, zatem rościła sobie pełne prawo zarówno do niego, jak i do domu w Ealing — w chwilach słabości Linda burczała pod nosem, że stara wyciągnie swoje szpony z obydwu dopiero po śmierci.
— Myślisz, że babcia ma dla mnie prezent? — zapytała Petunia, wsuwając rękę w szczupłą, gładką dłoń ojca.
Michael uśmiechnął się tylko enigmatycznie, zaczynając gwizdać pod nosem swoją ulubioną piosenkę. Gwizdanie, jak wiadomo, to nie taka sobie zwykła czynność — owszem, każdy jest w stanie przywołać taksówkę, ale wydać z siebie czysty, niefałszujący takt? Do tego trzeba praktyki, której on miał akurat mnóstwo. Na nic jednak zdały się jego wysiłki zmiany tematu, Petunii nadal pociły się ręce. Zawsze myślała, że babcia jej nie lubi i zastanawiała się gorączkowo, czy coś się w tej kwestii zmieniło.
Gdy wyszli ze stacji, przeszli spacerem wzdłuż Alexandra Street, mijając szeregi identycznych, białych domków otoczonych żelaznymi płotkami i murkami z czerwonawej cegły. W końcu dotarli do ostatniego po lewej. Petunia poznała babcię już po niewyraźnym zarysie sylwetki w witrażowych wstawkach w drzwiach wejściowych.
— Michael! — Starsza pani przywitała się z synem dość wylewnie, zanim przeniosła uwagę na wnuczkę.
— Hmm, wyrosłaś — zauważyła, patrząc na nią z nieodgadnioną miną, po czym nadstawiła upudrowany, gładki policzek. — Daj babci buziaka. 
Kiedy weszli do salonu, urządzonego całkowicie na żółto, mieszkające w ozdobnej klatce papużki faliste zaskrzeczały na widok gości. 
— Cicho tam!
Na ten rozkaz natychmiast się uspokoiły, a gdy pani domu podała herbatę, Petunia z wielkim trudem usiadła w miejscu. Rozglądała się po urządzonym ze smakiem pomieszczeniu, podziwiając obrazki, ozdobne talerze, obrusy, serwety i antyki. Nie pamiętała, kiedy była tu ostatnio i zamierzała zapamiętać wszystko, by ze szczegółami zreferować Lily. Im więcej ciepłej herbaty wypijała, tym bardziej zaczynała się odprężać. Babcia, przez moment ignorując gości, karmiła papużki, mamrocząc coś do nich z czułością.  „Z pewnością nie może być aż taka straszna”, pomyślała Petunia rozsądnie.
— A tak! — Margaret ledwo wygładziła spódnicę, by usiąść i zaraz się podniosła. — Chodź ze mną — zadyrygowała, wyciągając dłoń do wnuczki. — Twój prezent czeka na górze.
Podniecona Petunia odstawiła ostrożnie filiżankę na stolik i poszła za babcią, podczas gdy Michael rzucił szybkie spojrzenie ku stojącemu w rogu pianinu. Obydwie nie zdążyły nawet postawić stopy na piętrze, gdy w całym domu rozbrzmiał Mozart. 
— Chodź. — Babcia otworzyła drzwi swojej sypialni, której ściany i obicia mebli były z kolei wyłącznie niebieskie.
Na dużym łóżku z baldachimem spoczywało tekturowe pudełko, do którego Petunia zaraz przyskoczyła. Margaret obserwowała, jak dziewczynka wyjmuje ze środka ciężką, zgniłozieloną, elektryczną maszynę do pisania i kładzie ją niepewnie na puszystej pościeli. Maszyna nosiła wyraźne ślady użytkowania, ale była w całkiem dobrym stanie.
— Przenoszenie wiersza nie działa, ale to przecież można robić ręcznie. Nawet wciąż dzwoni. — Starsza pani usiadła na łóżku i pogładziła palcem wytarty, okrągły klawisz spacji. — Pracowałam na niej dla gazety, rozumiesz. A teraz twoja kolej.
Petunia nie zrozumiała aluzji. Wpatrywała się w swój prezent, jak w coś absolutnie magicznego.
— Jeżeli szybko się nie wydostaniesz z tego zgniłego miasta, zasiedzisz się tam razem z resztą plebsu — wyjaśniła Margaret z przebiegłą miną. — A ja mam wobec ciebie dużo większe plany, moja droga.

9 komentarzy:

  1. Blgospot coś wyraźnie odjebuje, no ale nieważne.
    Ważne jest to, że przeczytałam cały rozdział o małej Petunii, Lily i Severusie i nie oszalałam. Co więcej, bardzo mi się podobało! A przecież nie znoszę zarówno dzieci, Petunii, Lily, jak i Severusa. Nie wiem co zrobiłaś, ale to na mnie działa. Ba, uważam, że Lily jest urocza! I to w taki naturalny sposób - czyli ma swoje wkurzające momenty smarkacza, ale zarazem potrafi ująć za serce. To chyba ta wojownicza wiewiórka mnie kupiła - która w przeciwieństwie do świrka-Severusa ruszyła Petunii na ratunek. :P No i propsy za wszystkie szczegóły, oddające klimat tamtych lat. Całość dopracowana jak kiecka ślubna przyszłej pani Dursley!
    Następny razem liczę na więcej Nikiego i Jamesa. <3 Czuję się ich matką chrzestną.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak w sumie z dupy weszłam, patrzę — jest rozdział. No i super, bo już w samym pisaniu się duszę, fajnie na chwilę oderwać się od swojej głowy i wejść do czyjejś.
    To są jakieś przemyślenia Petunii? Retrospekcja? Bo poprzedni post to pierwszy rozdział, więc teoretycznie powinna być ciągłość. Powiem szczerze, że jeśli chodzi o oznaczanie retrospekcji (kiedy narrator jest trzecioosobowy) jestem dużo bardziej zielona niż w przypadku pierwszoosobowego, ale wydaje mi się, że chyba należy to jakoś oznaczyć (np. kursywą), żeby Czytelnik nie oszalał. Albo przynajmniej nie poddawał się takim rozkminom. XD
    Bardzo, BARDZO mi się podoba to, jak rozmawiają ze sobą dzieci. Aż słyszy się w głowie to przeciągające się „no choooodź”, takie jojczenie. Super, że zwróciłaś na to uwagę. No i świetnie mi się czyta coś, gdzie sposób wypowiedzi jest dostosowany do charakteru postaci. Lily (jako ta roztrzepana) ma wywalone na niebezpieczeństwo, tylko pogania siostrę, prawie zniosła jajo, bo Petunia się ociągała, a tamta wyskakuje z rozsądnym wytłumaczeniem, ba, z małym ochrzanem — po części dlatego, że jest starsza i odpowiedzialna za Lily, a po drugie, bo to po prostu Petunia.
    Święty Mikołaj powinien być pisany wielkimi literami. A jeśli nie, to chociaż samo imię.
    http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Swiety-Mikolaj-i-b-Myszka-b-Miki;5788.html
    Mimo wszystko — kiedy sobie pomyślę, że dziewczynki poszły się kąpać do tej paskudnej, zanieczyszczonej toksynami rzeki, której smród spowijał całe osiedle... Nie jestem specjalnie uczulona na obrzydliwości, ale jednak przypadkowe napicie się takiej wody... fuj.
    Fragment z butami Petunii po prostu uroczy. To jedna z najprzyjemniejszych scenek, jakie czytałam w opkach przez ostatnie... no, dobre kilka lat. :D I znowu widać takie... luzackie (brakuje mi dobrego słowa) niedbalstwo Lily skontrastowane z perfekcjonizmem Petunii. Niby ma to swoje dziecięce wytłumaczenie (chociaż zaleciało zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym, meh, zboczenie zawodowe :)), ale już widać, że ta dziewczynka już myśli o takich sprawach jak porządne składanie ubrań.
    O Błoże, komentarz Snape'a mnie totalnie spleśniał. XD Po prostu coś pięknego, więcej takich uwag! Gdybym była na miejscu Petunii, odpowiedziałabym, że z pewnością nie mam takich dużych jak on. I nie minęłabym się z prawdą. XD
    Ten syn dyrektora fabryki jak nic zalatuje mi Dudziaczkiem. :) Kiedy Petunia uciekła, od razu sobie pomyślałam, że zostawiła nad rzeką te całujące się buty. XDD
    Lily zastosowała wszystkie chwyty dozwolone na podwórku... Kurcze, dobrze, że o tym wspomniałaś, bo już miałam pytać, dlaczego nie walnęła go w szczepionkę. :D Ale taka odwaga (i lekkomyślność, bo w końcu skoro Bradley poradził Petunii, to Lily poleciałaby nad samą rzekę, gdyby ją walnął) pasuje do Lily. A ucieczka i uniknięcie odpowiedzialności do Snape'a, więc wszystko jest na swoim miejscu.
    „Bradley już planuje zemstę” — planował.
    Podoba mi się, że wspomniałaś o tym, co się działo w mieście. Zachowujesz fajną ciągłość, bo wiemy, że miasteczko, w którym mieszkali Evansowie i Snape (albo przynajmniej ulica z domem Tobiasza i Eileen), było prawie opustoszałe, ale wiadomo, że kiedyś musiało się tam więcej dziać. Prawdopodobnie w dzieciństwie Lily i Snape'a.

    OdpowiedzUsuń
  3. „Ojciec w zamyśleniu stuka palcami” — stukał. Wspominam tylko o tych, które rzucą mi się w oczy. Mam dysleksję i nie wszystkie błędy wyłapuję od razu (musiałabym czytać na głos, co *czerwieni się na samą myśl* robię podczas betowania swoich tekstów), ale już dwa są, więc radziłabym jeszcze raz przelecieć tekst.
    Ładnie przedstawiłaś relacje pomiędzy babcią i panem Evansem, a potem między synową i teściową. Brakuje mi takich wstawek w opowiadaniach, zwłaszcza że w ponad 90% fanfików króluje narracja trzecioosobowa, która aż się prosi o takie zabiegi. To fajnie poszerza fabułę i przede wszystkim świat przedstawiony, sprawia, że Czytelnik wie (mimo że po X rozdziałach zapomni, czy ta babcia nazywała się Margaret, czy może Matylda), że poza tymi kilkoma (czterema, pięcioma) głównymi postaciami, dookoła których kręci się główna oś fabuły, są też inne postacie, które mają jakieś relacje z innymi postaciami, a nie służą pełnieniu tej konkretnej roli — robieniu CZEGOŚ dla lub przeciw głównym bohaterom.
    W akapicie pod „— Cicho tam!” masz jakąś inną czcionkę, coś Ci się musiało kliknąć albo odznaczyć.
    Kurcze, Petunia chyba nie za bardzo się ucieszyła z tego prezentu (niby maszyna do pisania — ale bajer! Ale taka jakaś podniszczona, to ma zepsute, tamto działa pół na pół), ale w przyszłości z pewnością doceni gest babci. Wydaje mi się, że Petunia rozumie już na tyle dużo, że słowa babci tylko utwierdziły ją w tym, żeby wyjechać z miasteczka, zostać kimś, poślubić rozsądnego, porządnego człowieka, z którym może nie przeżyje szalonej miłości, ale będzie miała wszystko, czego ta jej duża, rozsądna część pragnie — ciepło, czułość, stabilizacja (finansowa i uczuciowa, bo nie wyobrażam sobie, żeby Vernon miał zdradzać Petunię, przecież to takie NIEROZSĄDNE, poukładani ludzie tak nie robią :)). Kurcze, dzięki temu fragmentowi rozdziału zupełnie inaczej spojrzałam na Dursleyów, zwłaszcza że ostatnio odświeżam serię HP i jestem na początku pierwszej części. Kurcze, warto wchodzić i podczytywać różne opowiadania, bo wśród tych ficzków na chwilę (które i tak zazwyczaj są porzucane, zawieszane albo kasowane), naiwnych, kolejnych Sevmione czy Dramione bez pomysłu natrafi się na takie opowiadanie, które zostało faktycznie przemyślane, a postać (niby rozwinięta, lecz nie na tyle, żeby ściśle trzymać się kanonu, bo młodziutką Petunię mogłaś w pewnym stopniu potraktować jak bohaterkę OC) wycisnęłaś do samego końca, zwróciłaś uwagę na wiele rzeczy i podopowiadałaś, co mogło się stać, że Petunia stała się tym, kim się stała. Bo nie definiowała ją tylko nienawiść do siostry (co Rowling uparcie starała się nam wmówić — do samego końca pokazywała ją jako tę wredną, złośliwą ciotkę, na końcu tylko lekko umotywowała jej działania zazdrością o zdolności Lily), przecież Petunia miała mnóstwo dobrych i złych cech, które skądś się wzięły. Świetnie to uwidoczniłaś (nie zatłaczając jednocześnie opisami, zwłaszcza że w trzeciej osobie łatwo popłynąć — kiedy ktoś w miarę umiejętnie pisze w pierwszej, wie, że bohater nie zwraca uwagi na wszystko, a w trzeciej nawet ktoś, kto jest już trochę obeznany z piórem, może wpaść w pułapkę opisów wszystkiego, bo to przecież obiektywny narrator trzecioosobowy) i oby tak dalej. Kurcze, już dawno nie napisałam tylu pozytywów w jednym komentarzu (ech, w „jednym”), bardzo mi się to uczucie podoba, zwłaszcza że zaczęłam czytać Sevmione „Zapętleni” i nie za bardzo mi się to podoba, jestem też świeżo po lekturze „Bez Cukru”... Dawno się tak nie irytowałam, wydawało mi się, że już po prostu nie potrafię pochwalić (wiesz, nieużywany organ zanika i tak dalej...), a tu proszę, trzeba tylko znaleźć coś odpowiedniego. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wszystkie dobre słowa, choć nie ze wszystkimi uwagami się zgadzam ("5 maja 2004 Rada Języka Polskiego zaleciła, że pomimo iż nazwę imienia (Mikołaj) lub świętego (św. Mikołaj) piszemy wielką literą, to w znaczeniu postaci przynoszącej prezenty z okazji Bożego Narodzenia należy ją pisać małą literą").

      Opowiadanie zbacza z kanonu, choć tylko troszkę… Już calkiem niedługo to zauważysz ;) Nie chcę, żebyś się natomiast rozczarowała, dlatego o tym mówię zawczasu – żeby nie było, że nie ostrzegałam.

      I bez przesady – cały rozdział kursywą? ;) Wiadomo chyba, że mówimy o przeszłości, nie dramatyzuj.

      O.

      Usuń
    2. Fakt, dopiero od wspomnienia urodzin Petunii się zczaiłam, że jednak cały rozdział będzie o jej dzieciństwie, ale zapomniałam o tym wspomnieć. Komentarze zawsze piszę na bieżąco, czytając, bo łatwo później zapomnieć, co się dokładnie myślało podczas każdej sceny. Aczkolwiek i tak trochę dziwnie mi to wygląda, bo najpierw rozdział z dorosłości Petunii, potem cały z dzieciństwa... Takie skakanie po osi czasu nie robi dobrze opowiadaniu, bo Czytelnik w pewnym momencie może zgłupieć. Rozumiesz, takie retrospekcje retrospekcji w retrospekcjach jak u Felicjańskiej w tych „czerniach”. Niekanoniczność w opku wcale mi nie przeszkadza, sama piszę AU, a zapowiada się relacja (jak nie romans, to przynajmniej bliższa znajomość) Snape'a i Petunii, więc to się rozumie samo przez się; dla mnie kanoniczność to przede wszystkim zachowanie charakterów postaci i takie sytuacje (jeśli cofamy się wiele lat w życiu bohatera), które te charaktery kształtują, utwardzają zasady, z którymi poznaliśmy ich w kanonie. Na to na bank nie będę narzekać, za odstępstwo od tego nie będę krzyczeć, o ile będzie miało jakieś znaczenie, ale za romantycznego, ciapowatego Snejpa pogryzę. XD

      Usuń
    3. O nie! Snape u mnie (prawie) zawsze jest zły i szurnięty, zazwyczaj cierpi na szereg załamań i innych neurosis i nie ma w sobie nic dobrego, oprócz niesamowitego intelektu i sarkazmu, za co aż mam ochotę go pogłaskać, ale tego nie robię, bo mogę stracić rękę. Tu będzie dokładnie taki, jakim go widzę. Po pięciu historiach dojrzałam już do (chyba) pełnej wizji.

      Rozumiem twój punkt widzenia, ale nadal wychodzę z założenia, że płynność narracji przede wszystkim, a z czytelnika nie należy robić głupka ;) Sam się domyśli, trzeba mu dać szansę.

      Usuń
  4. Wiesz już, co mi się nie podoba, i że nie kupuję takiego Snape'a. Ba, oddaję go z powrotem do sklepu i żądam zwrotu gotówki oraz jakiegoś gadżetu gratis na pocieszenie!

    Za to cała reszta wypada fajnie i bardzo a la Oleńska (a sceny z dziećmi trochę schizowo, w stylu Kinga – nic mnie tak nie przeraża jak dzieci u Kinga, brr). Przez cały rozdział zastanawiałam się tylko, co ten biedny pan Evans robi na tym wygwizdowie. Miałam taką absolutnie odjechaną wizję, jak odgrywa industrialną wariację na fortepianie w wielkiej hali produkcyjnej, aby podnieść ogólną wydajność.
    Ale to ja...

    Szalona :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj ;) Lubię babcię Evans ;) No i świetny pomysł z tym prezentem. A więc na razie Petunia lubi Lily ciekawa jestem jak zamierzasz przedstawić ich dalsze losy. Ten chłopak to był Snape? Komentarz o cyckach najlepszy. Długo nie umiałam przestać się śmiać ;)
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
  6. Lily zapiszczała z pretensją w odpowiedzi, choć tym razem nie udawała, że się marze - maże! Bo: mazać
    tym razem rozsądnie sprawdzając czy nic nie jedzie - przecinek przed "czy" :) zdanie podrzędne
    Spędziła kilka następnych godzin wodząc palcem po ścianach - przecinek przed "wodząc" :) imiesłów przysłówkowy
    choć kiedy była młodsza ojciec postawił sobie za cel nauczenia jej przynajmniej kilku utworów - przecinek przed "ojciec", oddzielamy orzeczenia w zdaniu ("była", "postanowił")
    Na nic jednak zdały się jego wysiłki zmiany tematu - a on zmienił temat? Bo wydaje mi się, że raczej odwracał uwagę córki, gwizdanie to przecież nie zmiana tematu

    O ile pierwszy rozdział aż takiego wrażenia na mnie nie zrobił, był dobry, ale nie zbierałam szczęki z ziemi, to w drugim zachwyciłaś mnie do głębi. Szczegółowość opisów i ta niesamowita swoboda dosłownie mnie rozbroiły! Bogactwo językowe niejednokrotnie zapierało mi dech w piersi.
    Poza tym bohaterowie... Lubię opowiadania o postaciach, które z jednej strony są kanoniczne, ale z drugiej strony dają duże pole autorowi do popisu. A Ty się tu popisałaś, bardzo nawet. Podoba mi się fragment o pilnowaniu siostry, że to taki trochę niechciany obowiązek, ale potem następuje siostrzane zjednoczenie, że mają ten wspólny sekret. Czekam tylko na moment, gdy piękna bańka ich siostrzanej relacji pęknie, jestem ciekawa, jak to przedstawisz.
    Podoba mi się też to, jak niby ukradkiem nakreślasz charakter ojca Petunii - mężczyzny z tamtych lat, który ma pasję i tę pasję próbuje przelać na córkę, a ta córka, choć nie do końca w pasji ojca się odnajduje i jej aż tak nie wychodzi na współpraca z muzyką, czerpie z tego ile może, no bo przecież tatuś poświęca jej czas.
    Dużo uroku tekstowi daje również babcia Angielka, a jej herbata w żyłach mnie uśmiechnęła. :)

    OdpowiedzUsuń